4

długo nie pisałam. to fakt. odchudzanie tak samo zostało odłożone ‘na później’.
musiałam sobie wiele rzeczy w głowie i życiu poukładać. i chociaż wciąż daleko do ideału – sprawy, które powodowały najgorsze kryzysy w odchudzaniu – są już za mną.

postanowiłam, że jeszcze raz posypię głowę popiołem i wybiorę się do dietetyczki. nie tej, do której chodziłam w 2008 roku, ponieważ tak dalekie dojazdy byłyby bardzo uciążliwe. znalazłam ponoć sprawdzoną osobę znacznie bliżej mojego miejsca zamieszkania, żeby już naprawdę nie było wymówki. zobaczymy, co z tego wyjdzie…

aktualnie walczę z silnym przeziębieniem, które skutecznie zniechęca do wszystkiego, co nie jest związane z kołdrą i spaniem ;) za kilka dni jednak powinno już być wszystko w porządku, a wtedy nie będzie już wymówek od ruchu czy diety.

z mocnych postanowień poprawy mam jeszcze jedno – pisać częściej na blogu ;) bez względu na to, jakie będę akurat efekty mojego (nie)odchudzania. wszak u normalnych ludzi – oprócz wzlotów – są także upadki. co prawda do normalności mi daleko, ale akurat w tej materii całkiem dobrze idzie mi udawanie, że jestem taka jak inni ;)

zatem – ostatnie dni sierpnia jeszcze będą na luzie, ale od września zaczynam życie na pełnych obrotach :)


4

W kwestii roweru trochę zmieniłam zasady – to znaczy zdecydowałam się wyznaczyć sobie nowy cel i zacząć od zera. Akurat jutro rozpoczyna się nowy miesiąc – idealny czas na ruszenie z rowerem :)
Cel ogólny – suma długości wszystkich wyścigów F1 sezonu 2010 :) Zaczynamy od GP Bahrajnu :)

oto tabela początkowa:


4

Samą ideę zdobywania Korony Ziemi opisałam już przy brzuszkach, więc dziś tylko krótka notka dotycząca nóg. Jedno powtórzenie jakiegoś ćwiczenia na nogi zalicza 1m npm. Rozpoczęłam całość 01.07.2010, ale później miałam bardzo długą przerwę spowodowaną kontuzją stopy – powoli jednak wracam na dobre tory :)

stan na dziś:
1. Azja: Mount Everest 8848 mnpm
2. Ameryka Południowa: Aconcagua 6960 mnpm
3. Ameryka Północna: Mc Kinley 6195 mnpm
4. Afryka: Kilimandżaro 5895 mnpm
5. Europa: Elbrus 5642 mnpm
6. Antarktyda: Masyw Vinsona 4892 mnpm
7. Australia i Oceania: Puncak Jaya 4884 mnpm – zaliczono 968 – pozostało 3916


7

czas na raporty z pracy nad poszczególnymi partiami ciała :) zacznijmy od brzucha, bo jest to moja największa zmora.

brzuchowo zdobywam Koronę Ziemi, która wygląda tak:
1. Azja: Mount Everest 8848 mnpm
2. Ameryka Południowa: Aconcagua 6960 mnpm
3. Ameryka Północna: Mc Kinley 6195 mnpm
4. Afryka: Kilimandżaro 5895 mnpm
5. Europa: Elbrus 5642 mnpm
6. Antarktyda: Masyw Vinsona 4892 mnpm
7. Australia i Oceania: Puncak Jaya 4884 mnpm
co łącznie daje: 43316 brzuszków do wykonania planu oO

jak widać – plan bardzo długoterminowy i podzielenie go na małe cele (aha – małe :P) pozwala odnaleźć w sobie odrobinę wiary w to, że się uda.
na mnie zadziałał jeszcze jeden myk – kiedyś, gdy planowałam sobie robić 30-50 brzuszków dziennie, wydawało mi się to tak okropnie wielką ilością, że nie mogłam się zebrać. teraz – gdy cel jest o wiele wiele większy – takie 50 sztuk nie robi już na mnie wrażenia :D

w lipcu niestety trochę zaniedbałam ćwiczenia – brzuszki także, ale wczoraj wreszcie ległam na dywanie i mam nadzieję, że wróci wreszcie jakaś ciągłość :)

szczyty zdobywam od najniższego – zaczęłam dnia 01.06.2010. stan na dziś:
7. Australia i Oceania: Puncak Jaya 4884 mnpm – zaliczone 2720m – zostało 2164m


1

Jestem typem osoby, dla której w szkole każda lekcja w-f’u była traumą – dopiero na studiach pokazano mi, że to wcale nie musi być takie złe. Obudziły się wspomnienia z dzieciństwa, gdy non-stop byłam w ruchu – i muszę przyznać, że wciąż sprawia mi to frajdę.
Problemem jest fakt, że NIENAWIDZĘ być do niczego zmuszana – a jednocześnie lubię widzieć szybkie efekty. Wiadomo, nie schudnie się z dnia na dzień – ani tym bardziej nie wyrzeźbi się szybko ciała (zwłaszcza mocno otłuszczonego) -> to sprawia, że czasem ciężko mi się zebrać :(
O ile jazda na rowerze, rolkach, łażenie po górach, itp. sprawia mi frajdę ot tak – o tyle żmudne robienie brzuszków, wykonywanie w kółko powtórzeń tych samych (nudnych) ćwiczeń czy nawet jazda na rowerze stacjonarnym sprawia, że na samą myśl mam ochotę przespać jakiekolwiek chęci do ćwiczeń.

Ostatnio jednak znalazłam na to sposób. Kilogramy, centymetry, kondycja – to zmienia się powolutku – ale moja potrzeba efektów tu i teraz jest zaspokajana w wystarczającym stopniu :)
Na pewnym forum dziewczyny zaproponowały zdobywanie Korony Ziemi brzuszkując [1 brzuszek = 1m npm]. Szybko podchwyciłam pomysł, zrobiłam sobie tabelki w excelu (tak tak – ten ścisły umysł ;)) i od 1 czerwca zaczęłam brzuszkować. W lipcu zaczęłam równolegle zdobywać szczyty za pomocą ćwiczeń na nogi :)
Do tego przyniosłam wreszcie rowerek do pokoju i powolutku zaczynam się oswajać z jazdą na nim – wracam też do zeszłorocznego celu, a mianowicie przejechaniu tylu kilometrów, ile łącznie miały wszystkie zeszłoroczne tory F1 =]

I wiecie co jest najlepsze? Satysfakcja, że coś się wreszcie dla siebie robi :) Uwielbiam to :)

Raz na jakiś czas będę tu meldować, na jakim etapie zdobywania Korony Ziemi jestem – myślę, że to da mi dodatkową motywację do działania :)


2

cóż… od jakiegoś czasu szukałam odpowiedniej motywacji, by dokończyć to, co rozpoczęłam 30.06.2008. wtedy też – z wagą 112.8kg – rozpoczęłam żmudną drogę ku szczuplejszej Jenny.

efekt? do końca roku 2008 zrzuciłam 25kg, co było dla mnie nie lada wyczynem. a potem zaczęło się coś psuć. chudłam trochę i znów tyłam – niby zeszły rok zakończyłam jeszcze z 8 z przodu, ale 2010 przyniósł wiele emocji i problemów, z którymi radziłam sobie jedząc (a jakże), co sprawiło, że w kwietniu zobaczyłam na wadze aż 99.1kg oO od tamtej pory miotałam się – trochę w dół, znów w górę.

i wtedy odpisano z SuperLinii. znak? w znaki specjalnie nie wierzę, ale przecież nic nie dzieje się przypadkiem :)

zatem niech ten blog będzie motywacją, by dalej podążać do wyznaczonego celu. tak po prostu :)